Niezwykłą wytrwałość i konsekwencję wykazał współbrat, który trzykrotnie wstępował do Zakonu. Choć spotykał na tej drodze różne trudności, pozostał wierny temu co jako dwudziestolatek odpowiedział na pytanie – co go skłania do przyjścia do furty klasztornej. Odparł – miłość życia zakonnego. Był nim o. Placyd Nagi, jedna z najbardziej oryginalnych osób w historii Prowincji.
Konstanty Nagi urodził się 29.01.1913 r. w Wyrach jako dziesiąte dziecko, spośród dziewiętnaściorga (19) rodzeństwa w rodzinie Pawła i Marii Szafron. Z niewiadomych przyczyn na różnych dokumentach pojawia się zamiennie data urodzenia 28.01. On sam w swoich pismach też używa tych dwóch dat. Naukę rozpoczął w rodzinnych Wyrach, ale jako ośmiolatek opuścił dom rodzinny i zamieszkał u starszej siostry w Piotrowicach. Był potrzebny do pasienia krów i innych prac gospodarskich. Uczył się w szkole ludowej w Piotrowicach. W ten sposób codziennie z oddali widział sylwetkę klasztoru panewnickiego. Jak później wyznał, już sam ten widok wzbudzał w nim żywe i niegasnące powołanie do klasztoru. W kościele klasztornym przyjął pierwszą komunię św. i został bierzmowany.

W 1925 r. jego marzenie się spełniło. Został przyjęty do kolegium serafickiego w Panewnikach oraz do gimnazjum klasycznego w Mikołowie. Do nauki nie miał szczególnego zamiłowania, za to prawdziwą przyjemność sprawiało mu, gdy mógł pomagać braciom zakonnym w ich pracach. Z powodu niepowodzenia w nauce w 1927 r. opuścił kolegium oraz naukę w gimnazjum. Na powrót zamieszkał u siostry i pracował na gospodarstwie. W 1930 r. na skutek ciężkiej choroby mamy powrócił do domu rodzinnego w Wyrach przejmując wiele jej obowiązków, zwłaszcza opiekę nad czworgiem najmłodszego rodzeństwa, które wymagało jeszcze troski. Kiedy w 1933 r. zmarł jego ojciec wyraził wreszcie swój zamiar wstąpienia do Zakonu w charakterze brata zakonnego.

W 1934 r. wstąpił do naszego Zakonu w charakterze tercjarza. Z wszystkich opinii wyłania się obraz bardzo dobrego i sumiennego tercjarza. Nowicjat I Zakonu rozpoczął 2.05.1938 r. w Panewnikach pod imieniem brat Salwator. Habit przyjął z rąk o. Michała Porady. Profesję czasową złożył 6.05.1939 r. w Panewnikach na ręce o. Antoniego Galikowskiego. Pracował jako introligator w klasztornej drukarni w Panewnikach, a w czasie wojny był furtianem w Rybniku (1940-1945). Po wojnie został skierowany do klasztoru w Opolu jako kwestarz.

Z biegiem czasu dojrzewało w nim powołanie kapłańskie i zapragnął ukończyć przerwaną naukę. Ponieważ nie było to wówczas możliwe dla brata zakonnego, w tym celu w 1947 r. idąc za radą administratora apostolskiego diecezji opolskiej ks. Bolesława Kominka opuścił Zakon i podjął naukę w Krakowie w szkole dla osób starszych i już w 1948 r. zdał maturę.
Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości ponownie wstąpił do naszego Zakonu, ale już w charakterze kleryka. Na ponowne przyjęcie była potrzebna dyspensa, której udzielił mu, na mocy specjalnych uprawnień, prymas Wyszyński. W 1948 r. rozpoczął nowicjat w Panewnikach przyjmując tym razem imię zakonne brat Arkadiusz. Niestety, ze względów rodzinnych, prawdopodobnie na skutek choroby mamy, wkrótce wystąpił z nowicjatu i przeniósł się do Wyższego Seminarium Duchownego administracji opolskiej w Opolu. Tam ukończył studia filozoficzno-teologiczne i 20.06.1954 r. w prokatedrze w Opolu przyjął święcenia prezbiteratu z rąk biskupa częstochowskiego Zdzisława Golińskiego.
Już w 1955 r. został administratorem parafii najpierw w Kępnicy koło Nysy (1955-1959), a następnie w Graczach koło Niemodlina (1960-1965). Jego biskup zostawił z tego czasu bardzo dobrą opinią jako o bardzo gorliwym duszpasterzu. Powołanie zakonne tkwiło w nim jednak bardzo mocno i nie dawało mu spokoju. W jednym z listów z 1965 r. do ówczesnego Prowincjała napisał – Wyrażam wielkie przywiązanie moje do Zakonu św. Franciszka co jest pobudką głębokich moich wewnętrznych pragnień służenia Bogu w klasztorze. Gdy jego biskup wyraził zgodę, aby został ponownie przyjęty do Zakonu, napisał do Prowincjała kilka słów o nim jako kapłanie gorliwym i dbałym o chwałę Bożą i zbawienie dusz. Dodał na koniec – Franciszkański duch przebija się u niego.

Zatem w 1965 r. po raz trzeci wstąpił do Zakonu. Nowicjat rozpoczął 25.11.1965 r. w Osiecznej przyjmując imię zakonne ojciec Placyd. Habit przyjął z rąk Prowincjała o. Teofila Zawiei. Nie było to łatwe dla niego. Był już kapłanem ze stażem proboszczowskim, miał 52 lata, nowicjat odbywał z grupą o wiele młodszych ludzi a magistrem był surowy o. Hugolin. Niemniej opinie były pozytywne. Czytamy, że był chętny do pracy fizycznej choć gadatliwy. Profesję czasową złożył również w Osiecznej na ręce tego samego ministra. Profesję wieczystą złożył 6.05.1970 r. w Panewnikach na ręce Prowincjała o. Bernardyna Grzyski.

Po skończeniu nowicjatu o. Placyd rozpoczął pracę duszpasterską jako rekolekcjonista, kaznodzieja i spowiednik. Był na tym polu bardzo ruchliwy i chętnie podejmował się różnych wyjazdów duszpasterskich. Nie stronił też od prac domowych. Wprowadzał dużo optymizmu i pogody franciszkańskiej. Był bardzo kontaktowy i znał mnóstwo kapłanów a jego znały niezliczone parafie, zwłaszcza w diecezji katowickiej i opolskiej. Był kolejno w Miejskiej Górce (1966-68), Wschowie (1968-73), Wieluniu (1973-76), Wronkach (1976-77), Opolu (1977-80), ponownie w Miejskiej Górce (1980-81) by ostatecznie osiąść w Panewnikach.

Jeden klasztor wszelako mu nie pasował, nie tyle co do samego miejsca, ile co do składu personalnego. Były to Wronki. Odniósł bowiem wrażenie, że skład osobowy, który tam zastał, nie był zadowolony z jego przybycia, gdyż burzył swoją osobą pewne zastane układy. Zaczął więc pisać błagalne listy o przeniesienie a robił to z perfekcyjną ironią. Współbrata, który czuł się tam alfą i omegą nazwał tomistycznie „Totaliter sine causa”. A o klasztorze w liście do Prowincjała pisał tak: „Wronki są czarujące. Klasztor nad Wartą to piękny zakątek, prawdziwy raj nad Eufratem. Rzeka Boża, łabędzi śpiew, uśmiech nieba i piękno. Rzeczywistość, która fascynuje i porywa. Pozostaje tylko życzyć dla Wronek – Szczęść Boże!”
Legendami obrosły jego wojaże zagraniczne. Trzykrotnie wyjeżdżał do Szkocji w odwiedziny do swego brata, księdza diecezjalnego. W tym czasie zdążył wygłosić wiele rekolekcji dla parafii polonijnych i objechać niemal całą Europę oraz Ziemię Świętą. Właśnie wyprawa do Palestyny okazała się dla niego niezwykłą przygodą. O. Placyd nie przejmował się takimi banałami jak ważność paszportu czy wizy. Kiedy więc wracał z pielgrzymki, we Frankfurcie nie został wypuszczony z lotniska, bo jego wiza straciła ważność. Nie było innego wyjścia i wrócił tym samym samolotem El Al do Tel Awiwu i kolejnych kilka tygodni starał się o wizę. Tym razem bracia z Kustodii Ziemi Świętej pomogli załatwić mu wizę włoską. W Rzymie jednak okazało się, że aby dostać wizę niemiecką lub austriacką trzeba mieć paszport ważny sześć miesięcy a jego paszport właśnie stracił ważność. Znowu czekał na paszport dwa miesiące a na wizę kolejne dwa. Podobno, według opinii niektórych braci, dopiero o. Prowincjał który przypadkiem trafił na ojca Placyda w Wiedniu, osobiście dopilnował, aby wsiadł do właściwego pociągu w stronę Katowic.
Od 1981 r. aż do śmierci należał do klasztoru w Panewnikach. Tutaj został zapamiętany, przede wszystkim, przez kleryków jako ich spowiednik. Nie było godziny dnia o której nie można by do niego zapukać i poprosić o spowiedź. Często chodził do kliniki w Ligocie, odwiedzając chorych z posługą sakramentalną. Był bardzo spontaniczny i nie martwił się jak gdzieś dojechać. Powierzał się Aniołowi Stróżowi, do którego też miał wielkie nabożeństwo i zawsze znajdował się jakiś życzliwy kierowca, który go podwiózł np. w zamian za spowiedź w samochodzie.

Taki kierowca znalazł się też w czasie pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Katowic. Po mszy św. na Muchowcu miało być spotkanie papieża z chorymi w katedrze katowickiej. Było tam trzeba przybyć dużo wcześniej i mieć stosowne wejściówki. Ci, który byli na lotnisku nie mogli w oczywisty sposób zdążyć do katedry. Ale nie o. Placyd. W swoim stylu dorwał pewnego milicjanta, wcisnął mu jakąś historię i niebawem pod katedrę podjechał milicyjny radiowóz na sygnale a z niego wysiadł o. Placyd. Następnie w podobny sposób sforsował zaporę służb porządkowych, milicji, ubeków i osobistej ochrony papieża, aby na oczach zgromadzonych wiernych witać się z papieżem.
W 1984 r. zachorował i udał się do szpitala na operację, ale i ten czas pobytu w szpitalu wykorzystał na chodzenie po szpitalu i spowiadanie kogo się tylko dało. Z wszystkimi się modlił i ich błogosławił. Był wielkim czcicielem Najświętszego Serca Pana Jezusa i twierdził, że to nabożeństwo pomaga mu w trafianiu do najbardziej zatwardziałych grzeszników. Dochodziła do tego jego naturalna prostota i dobroć, z którą podchodził do ludzi. Nieraz obojętny religijnie człowiek nawet nie zdążył się zorientować a już był wyspowiadany. W czasie choroby nigdy nie był smutny ani melancholijny.

Zmarł nagle w klasztorze panewnickim 2.10.1985 r. w święto Aniołów Stróżów. Zmarł w swoim stylu, można powiedzieć, że w biegu. Śpiesząc się jak zwykle z jakąś posługą, schodząc po schodach od strony zakrystii, nagle zasłabł i umarł. W naprędce przeniesiono go na zewnątrz i ułożono na trawniku, w miejscu, gdzie teraz znajduje się podziemny garaż. Już nie żył. Leżące ciało na gołej ziemi wszystkim kojarzyło się ze śmiercią świętego Franciszka.
O. Placyd został pochowany na cmentarzu zakonnym w Panewnikach. Jego otwarta trumna złożona w kaplicy Szymona Cyrenejczyka tonęła w niezliczonej ilości kwiatów a niektórzy wierni podchodzili by ucałować jego habit.
O. Placyd żył 72 lata, w Zakonie 33, w kapłaństwie 31. Przez całe życie odznaczał się franciszkańską pogodą ducha. Napisał sporo wierszy z różnych okazji. Szkoda, że nikt ich dotychczas nie zebrał w całość, gdyż nadal pozostają w rozproszeniu a wiele z nich zapewne przepadło.
o. Ezdrasz Biesok OFM