Bardzo skromne, nieraz lakoniczne lub wręcz sprzeczne zapiski, zachowane w archiwum zakonnym zdają się na zawsze zamykać drogę do poznania życia poszczególnych osób. Czasem jednak niespodziewanie przychodzą z pomocą ludzie świeccy, którzy przechowali o wiele więcej informacji na temat jakiegoś zakonnika. Tak jest w przypadku o. Wincentego Dwuceta. Powstały co najmniej trzy publikacje oraz kilka innych, spisanych wspomnień o historii, której w Prowincji zakonnej nikt już nie pamięta.
Alfons Dwucet urodził się 10 grudnia 1910 r. w Zabrzu w rodzinie górnika Alojzego i Magdaleny z domu Wieloch. W jednej ze wzmianek czytamy, że jego rodzice posiadali jakiś majątek w miejscowości Sakrau (Zakrzów) koło Koźla. Ojciec podczas pierwszej wojny światowej był oficerem zawodowym (Berufsoffizier). W pewnym momencie, być może w czasie powstań śląskich i plebiscytu, rodzina przeniosła się do Knurowa. Tam przystąpił do pierwszej komunii świętej w 1922 r. i później do bierzmowania. Do gimnazjum natomiast uczęszczał w latach 1923-26 w Rybniku. W pewnym momencie rodzice znowu zamieszkali w Zabrzu. Później on sam, być może, mieszkał już w kolegium panewnickim, gdyż kontynuował naukę w gimnazjum klasycznym w Mikołowie. Choć został dopuszczony do egzaminu maturalnego to jednak nie zdał go w wyznaczonym terminie. Miał problemy z matematyką. Maturę zdał dopiero po wielu latach, w 1958 r. w katowickim Liceum Korespondencyjnym.
W 1932 r. wstąpił do naszego Zakonu. Nowicjat rozpoczął 30 lipca 1932 r. w Wieluniu pod imieniem brat Wincenty. Profesję czasową złożył 31 lipca 1933 r. również w Wieluniu. Studia filozoficzne odbył w Osiecznej (1933-1935) a teologiczne we Wronkach (1935-1938). Tam też złożył profesję wieczystą 1 sierpnia 1936 r. Święcenia prezbiteratu przyjął 26.09.1937 r. we Wronkach z rąk biskupa Walentego Dymka. Po święceniach, w latach 1938-1939 był nauczycielem w Niższym Seminarium Duchownym i bibliotekarzem w Kobylinie.

Na początku wojny w 1939 r., wraz z całym konwentem kobylińskim został wysiedlony do Generalnej Guberni. W pewnym momencie osiadł w klasztorze bernardynów w Radomiu. Nie dane mu było jednak żyć w spokoju. Niebawem został aresztowany. Jako byłemu nauczycielowi groziła mu wywózka do Oświęcimia. Po wyjściu z więzienia opuścił więc Radom i zaczął wędrówkę po klasztorach bernardyńskich, które go gościnnie przyjmowały. Był kolejno w klasztorach w Opatowie, Leżajsku, Przeworsku i we Lwowie. We Lwowie spotkał księdza Antoniego Kanię, który był proboszczem w parafii Huta Nowa w powiecie Buczacz, w województwie Tarnopolskim. Ten zaprosił go do siebie, gdzie miał czuć się bardziej bezpiecznie.
Na kresach wschodnich jednak bezpiecznie nie było. Niemcy już się wycofywali a Sowieci jeszcze nie opanowali terenu. Grasowały więc bandy UPA. Tam, gdzie Polacy stanowili mniejszość byli narażeni na zbójeckie napady i morderstwa. Wielu kapłanów albo już zginęło z ich rąk albo uciekło ze swoich parafii. Dla wielu wiernych potrzeba bliskości księdza w tej sytuacji stała się jeszcze bardziej potrzebna. Kiedy więc ludzie z oddalonej dwadzieścia kilometrów wsi Panowice dowiedzieli się, że tu, na jednej parafii jest dwóch księży, postanowili przybysza ściągnąć do siebie. Pewnego dnia do Huty Nowej przybyło poselstwo z parafii Najświętszego Imienia Bogarodzicy w Hnilczu, która też od pewnego czasu była pozbawiona kapłana. Pretekstem były zbliżające się Zaduszki i uroczystość Wszystkich Świętych, które wierni chcieli przeżyć tradycyjnie i religijnie.

W delegacji byli nie tylko parafianie. Sami by się nie odważyli na tak niebezpieczną wyprawę. Akcję zorganizowało miejscowe AK. Po przywitaniu się na plebanii, jeden z nich, wojskowym, stanowczym tonem zwrócił się do ojca Wincentego – Rada parafialna, dowództwo AK i Samoobrony poleciły mi przywieźć księdza! Po czym rozpoczęły się długie pertraktacje. Ks. Kania stanowczo odradzał, gdyż na drogach niebezpiecznie a banderowcy w pierwszej kolejności mordują księży. Delegaci jednak wszystkie argumenty zbijali. Całą operację transportu kapłana i jego powrotu zabezpieczała miejscowa AK, drogi na ten czas były obstawione i bezpieczne. Delegacja dalej cierpliwie tłumaczyła, że chodzi jedynie o posługę na ten krótki czas. A potem, kiedy perswazja nie przynosiła rezultatów, poszły argumenty duchowe, że nikt nie odprawia mszy świętej, że najbliższy kościół osiemnaście kilometrów a ludzie się boją wyjechać z wioski, że nie ma się u kogo spowiadać, że dzieci nieochrzczone, że od dwóch lat nie było pierwszej komunii świętej a młodzi bez ślubu żyją na wiarę itd… Kiedy o. Wincenty nie mógł podjąć decyzji szef delegacji poszedł do kościoła, a gdy długo nie wracał, o. Wincenty poszedł za nim. W kościele zobaczył go leżącego krzyżem pod figurą św. Franciszka. Przyklęknął koło niego i zapytał o co się modli. Ten odrzekł – żeby święty Franciszek natchnął ojca do zgody na wyjazd. O. Wincenty już nie miał wymówki. Po długich wahaniach i odradzaniu przez ks. Kanię zdecydował się pojechać. Jako że wszystko miało być w tajemnicy kazano mu przebrać się w łachmany jakiegoś biedaka i furmanką ruszyli w drogę. Był dzień 28 października 1943 r.
Parafia Hnilcze miała kościół filialny we wsi Panowice i tam, w jednym z domów postanowiono ulokować ojca Wincentego. Hnilcze były bowiem już wyludnione a Panowice, gdzie większość ludzi stanowili Polacy wydawały się bezpieczniejsze. Banderowcy zresztą dotychczas omijali tę wieś i nazywali ją „lacką twierdzą”. Tam też stopniowo ściągali Polacy z tych miejsc, gdzie byli mniejszością i nie mogli czuć się bezpiecznie. Na miejscu było też kilku działaczy Armii Krajowej.
Ojciec Wincenty nadal był poszukiwany przez Niemców, którzy jeszcze całkowicie nie odeszli z tych terenów. Od pierwszego dnia w Panowicach przydzielono mu więc do obstawy dwóch AK-owców, którzy mieli mu towarzyszyć zawsze, gdy wychodził z domu do kościoła. Zdecydowano ponadto, że dla bezpieczeństwa będzie chodził w świeckim ubraniu a dopiero w kościele przebierał się w habit. Poza tym habit był schowany na strychu w bezpiecznym schowku.

Lotem błyskawicy rozeszło się wśród Polaków, że jest ksiądz. Najpierw, na popołudnie następnego dnia zapowiedziano spowiedź. Kościół był w tym czasie obstawiony przez AK-owców. Wierni stali w kolejce na zewnątrz. Kiedy po dłuższym siedzeniu w konfesjonale o. Wincenty wyszedł przed kościół przeraził się, bo czekało tam, jak ktoś policzył, około dwa tysiące ludzi. Szybko podjął decyzję, że w tej sytuacji trzeba udzielić absolucji ogólnej. Na schodach kościoła krótko pouczył wiernych o warunkach ważnej spowiedzi, odmówił stosowne modlitwy i udzielił zbiorowej absolucji. Dla wielu była to ostatnia posługa sakramentalna. Już podczas powrotu do innych wiosek niektórzy zostali napadnięci i zamordowani.
Ojciec Wincenty szybko zrozumiał, że nie może wracać do Huty Nowej. Pozostał na stałe w Panowicach. Komenda AK załatwiła mu w kurii lwowskiej dekret na administratora parafii. Teraz, mając pieczątki parafialne zaczął odtwarzać ludziom metryki, które dla wielu stały się potem jedyną podstawą przyznania cywilnych dokumentów i udzielenia pozwolenia na wyjazd do Polski. Księgi parafialne w Hnilczu wcześniej spłonęły.
Zaczęło się w miarę regularne duszpasterstwo. Najpierw zaległe chrzty dzieci, potem pierwsze komunie święte organizowane co miesiąc – za każdym razem dla około czterdziestu dzieci i śluby. A wieczorami odwiedziny chorych. Uczył w szkole historii i geografii. Chłopców ponadto przyuczał do obchodzenia się z bronią oraz musztry, dziewczęta zaś do udzielania pierwszej pomocy rannym. Był też ważnym źródłem informacji dla ludzi, gdyż jako znający język niemiecki słuchał wiadomości radiowych. Konfrontowano je potem z tym co nadawała BBC. Wieś się powiększała, bo nadal przeprowadzali się do niej ludzie z okolicy. W tej napiętej sytuacji szybko, obok dowództwa AK, administrator parafii stał się przywódcą miejscowej ludności.
W grudniu 1943 r. w Panowicach pojawił się skądś nowy kościelny, którego nikt wcześniej nie znał. Często przebywał u ojca Wincentego a wieczorami zamykali się we dwóch skąd dochodził głos rozmowy w jakimś nieznanym języku. Pojawiał się też jakiś tajemniczy lekarz, którego nikt nie widział a udzielał ludziom pomocy w dziwny sposób. Otóż za każdym razem pacjentowi zawiązywano oczy tak aby nikt nie mógł go zobaczyć. Badał chorych w milczeniu a potem za pośrednictwem ojca udzielał porady lekarskiej. Po latach o. Wincenty wyznał, że kościelny i lekarz to była ta sama osoba. Był to ukrywający się Żyd, lekarz z zawodu. Zawiązywanie oczy miało go zabezpieczać, aby nikt przypadkiem nie skojarzył jego osoby. Rozmowy, które prowadzili ze sobą też się wyjaśniły. Żyd uczył ojca Wincentego języka hebrajskiego. Po wojnie kontynuował tę naukę i opanował w takim stopniu, który pozwalał mu prowadzić lektorat tego języka.
W marcu 1944 r. na krótko Panowice opanowali Rosjanie, ale gdy po niemieckiej kontrofensywie musieli się wycofać we wsi pozostało kilku rannych Rosjan, których Polacy ukrywali przed Niemcami. Wśród nich był kapitan Walery Zubkow, człowiek wykształcony i życzliwy dla ludności. Ten też zaprzyjaźnił się z ojcem Wincentym. Często ze sobą rozmawiali przy herbacie i mieli wiele wspólnych tematów.
Odpust parafialny 15 sierpnia 1944 r. był ostatnim dniem spokoju w Panowicach. Już w czasie sumy odpustowej o 11.00 banderowcy próbowali dokonać napadu na zebranych w kościele ludzi. Kościół był jednak obstawiony przez AK-owców i napastnicy musieli się wycofać. Po południu tego dnia zaczęły docierać informacje, że nie zrezygnowali i w nocy szykują większy napad na wioskę. Jest kilka spisanych relacji tego wydarzenia. Ludziom kazano, aby tego dnia kłaść się do łóżek w ubraniach i czuwać. O. Wincenty apelował, aby mimo uroczystości, nikt tego dnia nie spożywał alkoholu. Około godziny pierwszej w nocy rozpoczął się atak na wioskę. Wieś została otoczona przez dwie sotnie UPA. O. Wincenty na ten czas ubrał habit jakby chciał wyrazić gotowość na ostatnią chwilę życia. W habicie też potem opatrywał rannych. Ostatecznie atak na wioskę został odparty, ale zginęło jednak kilkanaście osób. Wszystkich pochowano w zbiorowej mogile na miejscowym cmentarzu. Ludzie zrozumieli tego dnia, że nie mogą tam pozostać. We wtorek po odpuście cała wieś wyjechała do najbliższego miasteczka Podhajce. Tam było bezpiecznie. O. Wincenty zamieszkał na plebanii parafii Trójcy Przenajświętszej i dalej posługiwał jako kapłan.
Kiedy już armia czerwona rozgościła się na dobre na kresach, zaczęły się aresztowania. Ojca Wincentego aresztowano 19 lutego 1945 r. z oskarżeniem o przynależność do AK. Powiadomiony o tym przez ludzi kapitan Zubkow obiecał pomoc. Tymczasem ojciec był w więzieniu traktowany dobrze. W czasie jednego z przesłucha pojawił się także Zubkow i oczami dał mu znać, że panuje nad sytuacją i mu pomoże.

Pewnego dnia w nocy co celi więziennej wszedł strażnik i kazał więźniowi ubrać kufajkę i walonki. Ręce skuto mu kajdankami z przodu. Kazali wsiadać na sanie wraz z kilkoma innymi więźniami i nocą ruszyli do więzienia NKWD w Czortkowie. W pewnym momencie, gdy z oddali można było dostrzec światła zabudowań, strażnik zatrzymał konie i zapytał – a batiuszka to który? Kiedy przyznał się, że to on, strażnik zawołał – Uciekaj! Będę strzelał w górę. Tak też się stało. Pobiegł przed siebie słysząc za sobą serię strzałów z pepeszy. Kiedy dobiegł do pierwszego domu i zapukał do drzwi okazało się, że we wsi czekali na niego łącznicy z AK. Przepiłowano mu kajdanki, nakarmiono i udzielono bezpiecznego schronienia. Po jakimś czasie dostał do ręki dokumenty i pieniądze. Całą akcję zorganizował kapitan Zubkow. Pozostali więźniowie z transportu saniami też po krótkim czasie zostali zwolnieni a jedynie jeden z nich kilka lat spędził na Syberii, skąd wrócił po czterech latach.
W maju 1945 r. ojciec Wincenty przyjechał do Polski Ludowej. Teraz rozpoczął normalną pracę duszpasterską w różnych klasztorach. Mamy wszelako pewną trudność w dokładnym ustaleniu konkretnych dat jego pobytu w klasztorach. On sam przed śmiercią sporządził bowiem trzy listy z wyszczególnieniem kolejnych klasztorów, ale sprzeczne ze sobą oraz nie korespondujące z innymi zachowanymi pismami. Widać, traktował chronologię własnego życia z przymrużeniem oka. Pewien sekretarz prowincji, który próbował ustalić faktyczne daty, w pewnym momencie poddał się i poczynił w jego aktach taką uwagę – Nic się tu nie zgadza.
Obecnie nadal jest to zadaniem karkołomnym. Niemniej wiemy na pewno w jakich klasztorach był i coś możemy ustalić. Początkowo był skierowany na krótko do Chocza. W 1946 r. został przełożonym w Wieluniu i był w tym klasztorze sam a dopiero stopniowo zwiększano skład klasztoru. Tu dokonał najniezbędniejszych remontów i napraw po wojennej zawierusze. Z początkiem 1948 r. poszedł na przełożonego do Wejherowa. Tam też były początki po odzyskaniu klasztoru. Po kapitule w 1950 r. poszedł do Opola. Był tam wicemagistrem kleryków i lektorem hebrajskiego. W 1954 r. poszedł do Bytomia jako katecheta. W 1959 r. był krótko we Wschowie. Później był w Jarocinie proboszczem i gwardianem. Lata 1962-68 spędził w Rybniku. Powrócił do Wejherowa w latach 1968-73. Kolejny raz był też w Wieluniu (1973-79). Teraz był tu ojcem duchownym księży trzech okolicznych dekanatów.
Będąc już w starszym wieku, w 1979 r. wyjechał do Wiednia, gdzie objął funkcję kapelana Sióstr Elżbietanek i kapelana szpitala. Na tym stanowisku był aż do 1995 r. W tym roku przeniósł się na krótko do St. Pölten, a następnie do Güssing, gdzie zmarł 19 grudnia 1995 r. O. Wincenty żył 85 lat, w Zakonie 63, w kapłaństwie 58.

Ojciec Wincenty był człowiekiem towarzyskim i chętnie zapraszał do siebie współbraci. Był też kpiarzem i miał swoiste poczucie humoru. W starszym pokoleniu utrwaliły się niektóre ksywy, którymi charakteryzował braci. Od niego pochodzą, zrozumiałe już tylko przez starszych przezwiska: „Fukslik”, „Szpicok” czy „Fajnszmeker”.
Do końca życia utrzymywał kontakty z dawnymi parafianami z Hnilcza i Panowic, osiedlonymi na tzw. ziemiach odzyskanych. Będąc już w Austrii organizował pomoc dla nich w czasie niedoborów po stanie wojennym. Na jego pogrzeb, który odbył się w Panewnikach, przybyli najstarsi, żyjący jeszcze jego parafianie. Ktoś z nich rzucił do jego grobu kamień zabrany z rodzinnego domu na kresach.
Obecnie baza danych kresowych żołnierzy AK potwierdza oficjalnie, że Wincenty Dwucet, kapłan, był zarejestrowany w Okręgu AK w Tarnopolu, Inspektorat Brzeżany, Obwód Podhajce. Aresztowany przez NKWD, zbiegł z transportu do więzienia w Czortkowie.
o. Ezdrasz Biesok OFM