o. Kamil Emanuel Kaleta OFM

Consilium abeundi (o. Kamil Kaleta OFM, 1918-1996)

Consilium abeundi (o. Kamil Kaleta OFM, 1918-1996) 375 500 Śląscy Franciszkanie

W tradycji szkół kościelnych funkcjonował zwyczaj udzielania niektórym uczniom consilium abeundi. Była to surowa nagana za jakiś wybryk, wymierzana publicznie wobec całego kolegium z sugestią, aby dany delikwent, dla własnego dobra, sam zrezygnował z dalszego pobytu w szkole. Oficjalnie dawała do zrozumienia, że jeśli nie zmieni on swego zachowania, jego szanse na ukończenie są bardzo małe. Kara była bardzo upokarzająca, tym bardziej że za łamanie dyscypliny faktyczne groziło wydalenie. Taką radę otrzymał i zapamiętał na całe życie o. Kamil Kaleta, żołnierz dwóch frontów na wojnie, jeniec sowieckiego łagru a potem gorliwy duszpasterz i znakomity kaznodzieja. Był niezwykle barwną postacią, obdarzoną gawędziarską pasją.

Emanuel Leo Kalytta urodził się 2 czerwca 1918 r. w Kuntzendorf (Kończyce koło Zabrza) w rodzinie mistrza kominiarskiego Emanuela i Gertrudy Tryanowskiej. Nieco później, w 1935 r. rodzina oficjalnie zmieniła brzmienie nazwiska na Kaleta. Miał ośmioro rodzeństwa z których trzech braci też zostało kominiarzami. Jeden z nich został później rozstrzelany za dezercję z wojska niemieckiego. Po latach dowiedział się od jednej z sióstr, że jego mama w każdą sobotę pościła, aby wyprosić mu powołanie, choć nigdy ani słowem nie namawiała go do takiego wyboru życia. Z jakiegoś powodu jednak widziała w nim przyszłego kapłana.

Młody Emanuel rozpoczął naukę w Kończycach, ale niebawem, po przeprowadzce rodziny do Szarleja, kontynuował naukę w tamtejszej szkole powszechnej. Dalszą edukację podjął w miejscowym gimnazjum, które z kolei zostało przeniesione do Piekar. Wcześnie zdradzał oznaki powołania i podjął dalszą naukę w diecezjalnym gimnazjum w Tarnowskich Górach, zamieszkując w tamtejszym konwikcie. Po pół roku stwierdził jednak, że nie ma tam nic duchownego tylko sama łobuzeria i opuścił szkołę tracąc cały rok. Był też dosyć słabym uczniem.

Przełomowym wydarzeniem w jego życiu były rekolekcje parafialne w 1932 r., które głosił jeden z ojców z Panewnik. Pod ich wpływem postanowił wstąpić do III Zakonu, jak powiedział, żeby tata, który już do niego należał nie musiał sam chodzić na zebrania. Kiedy tata był z jakiejś okazji w Panewnikach i modlił się przy grocie, jeden z ojców zagadnął go o co się tak gorliwie modli? Ten wyznał, że modli się za syna, z którym ma kłopoty, bo się słabo uczy. Po dłuższej rozmowie okazało się, że kłopotliwy syn może kontynuować naukę w kolegium serafickim.

Tak więc w 1933 r. młody Emanuel przybył do Kobylina. Od początku by oczarowany. Jak napisał po latach w swych wspomnieniach, kolegium było właśnie tym czego szukał i znalazł. Tym większym dramatem był dla niego moment, w którym całe jego powołanie zawisło na krawędzi… klasztornego dachu. Otóż młody alumn dopuścił się wielkiego przewinienia, gdyż w czasie ciszy nocnej wdrapał się na dach klasztorny, żeby wyjąć z rynny piłkę do gry w palanta. Koledzy chyba uznali, że on jako syn kominiarza zrobi to najlepiej. Niestety, narobił też hałasu w czasie ciszy nocnej. Karą za ten wyskok było owo budzące dreszcze i niezapomniane do końca życia consilium abeundi. Emanuel jednak szczęśliwie ukończył kolegium zdając maturę w 1938 r.

W tym samym roku wstąpił do Zakonu pod imieniem brat Kamil. Nowicjat rozpoczął 12 lipca 1938 r. w Wieluniu. Habit otrzymał z rąk gwardiana o. Augustyna Gabora. Profesję czasową złożył 24 lipca 1939 r. w Wieluniu także na jego ręce. Po nowicjacie naturalną koleją rzeczy cały kurs miał podjąć studia filozoficzne w Osiecznej. Niestety był to już wrzesień 1939 r. Dzień 1 września był dla niego zarówno pierwszym jak i ostatnim dniem w seminarium. Odbył się tylko jeden wykład. Osieczna była położona blisko przedwojennej granicy i wcześnie zaczęły się tam naloty bombowe. Trzeba było w naprędce chować najważniejsze rzeczy do klasztornej piwnicy i myśleć co dalej.

Chcąc jakoś chronić kleryków kazano im udać się do położonego dalej od granicy Jarocina. Zdecydowano, aby wszyscy klerycy z jakimś zapasem żywności wsiedli na wóz kwestarski i ruszyli w drogę. Szybko się okazało, że ten wóz musieli pchać sami, bo jedna stara chabeta na piaszczystych drogach nie dawała rady. Rektor o. Edward kazał im dodatkowo zabrać ze sobą swój najcenniejszy skarb, summę teologiczną św. Tomasza. Kiedy ktoś po drodze zarzucił im, że taszczą ze sobą niepotrzebne rzeczy, postanowili zostawić ją u jakiegoś proboszcza po drodze. W Jarocinie jednak nie było lepiej. Miasto także było już bombardowane a w klasztorze nie było miejsca. Udali się więc jeszcze dalej na wschód, do Chocza. Tam również było niebezpiecznie, gdyż do klasztoru wpadło gestapo i kogoś szukało. Wreszcie, mijając wielu uciekających ludzi i przyglądając się leżącym trupom przy drodze, 5 września dotarli do Konina. Tam stwierdzili, że dalsza ucieczka nie ma sensu i trzeba się rozdzielić.

Brat Kamil wraz z innym klerykiem zgłosił się jako sanitariusz do miejscowego szpitala. Większość personelu szpitala uciekła, ale pozostały siostry sercanki, które w nim pracowały jako pielęgniarki. Z radością przyjęły pod dach dwóch kleryków. Formalnie zostali zatrudnieni jako sanitariusze. Po zajęciu szpitala przez Niemców brat Kamil podjął się dodatkowo roli tłumacza, bo w szpitalu nikt nie mówił albo bał się mówić po niemiecku. W Koninie pozostał do adwentu. Wtedy doszła wiadomość, że klerycy mają wracać do seminarium, bo zostaną wznowione wykłady. Niemiecki zarząd szpitala wypłacił go solidnie za trzy miesiące pracy, ale co najważniejsze, w jego dokumentach pozostał ślad, że jest sanitariuszem. Miało to dalsze konsekwencje do końca wojny.

Po powrocie do Osiecznej okazało się, że o żadnych wykładach już nie ma mowy. Kościół zamknięto a kleryków rozpuszczono, każdego w swoją stronę. Jeszcze w grudniu 1939 r. udał się do rodzinnego Szarleja i podjął pracę u swego taty jako kominiarz. Pomagał też jednemu z braci, który był piekarzem. Niebawem, zupełnie przypadkowo, spotkał pewnego kapłana, który studiował teologię w Wiedniu i zasugerował, że także on mógłby być tam przyjęty jako kleryk. Napisał stosowne podanie i został bez problemów studentem. Zamieszkał w klasztorze przy Franziskannerplatz. Niestety, nie na długo.

Na początku kwietnia 1940 r. został wezwany do rejestracji wojskowej. Z jego dokumentów wyczytano bowiem, że pracował jako sanitariusz a właśnie sanitariuszy wojskowych pilnie poszukiwano. Jako rekrut najpierw przebywał w koszarach Breslau Rosentahl (Wrocław Różanka) w II Śląskim Pułku Grenadierów. Jako że koszary znajdowały się nieopodal klasztoru, w którym przebywali niektórzy z naszych kleryków, często mógł ich odwiedzać.

o. Kamil Emanuel Kaleta OFM | Wermacht. Pierwszy z lewej

o. Kamil Emanuel Kaleta OFM | Wermacht. Pierwszy z lewej

Później jego batalion sanitariuszy rozpoczął wędrówkę. W styczniu 1941 r. został przeniesiony do Kaltenhausen w Alzacji i brat Kamil został ordynansem szefa kompanii. Nie pasowało mu to jednak i poprosił o przeniesienie do szkoły sanitarnej w Bunzlau (Bolesławiec), potem kolejno przebywał w Liegnitz (Legnicy) i Bad Flinsberg (Świeradów Zdój) gdzie obsługiwał centralę telefoniczną. W 1943 r. trafił do Lublinitz (Lubliniec) gdzie awansował na Oberfeldwebla (podoficera) i samodzielnego sanitariusza. Stąd przeniesiony do Belgii krótko rezydował w St. Niklas i Antwerpii. Następnie we Francji, kolejno w Cherbirg, Lisieux, St. Nazaire, Pont Pietin, Pont Chateau. Jak na razie była to dla niego sielanka. Był daleko od frontu i swobodnie jeździł na przepustki. Niebawem wszystko uległo zmianie.

Po bitwie pod Stalingradem, rozbita 384 Dywizja Piechoty (384 Infanterie Division) została na nowo odbudowana właśnie z żołnierzy przebywających we Francji. Teraz brała ona udział w walkach na łuku Dniepru i w bitwie o Krzywy Róg. Do odtworzonej dywizji wcielono także Oberfeldwebla Kaletę i jesienią 1943 r. skierowano na wschodni front. W listopadzie 1943 r. jadąc na front, w pewnym momencie partyzanci, nie wiadomo czy polscy, czy sowieccy, zaatakowali ich transport wojskowy i wszystkie wagony z zaopatrzeniem przepadły. Kiedy dywizja dotarła do celu i żołnierze zamieszkali w prowizorycznych ziemiankach bez zaopatrzenia, wszyscy powoli zaczęli przymierać głodem. Sowieci wiedząc o tym, przez megafony z drugiej strony frontu zaczęli nawoływać do dezercji i przejścia na ich stronę. Jedną z obietnic było to, że teraz dostaną prawdziwe masło zamiast kiepskiej marmolady.

Z powodu niedożywienia wojska właśnie brat Kamil przeżył dramatyczne chwile, gdyż postawiono go przed sądem wojennym. Jako sanitariusz miał w swoim magazynie zapas czekolady i kakao, które troskliwe dowództwo, dbając o żołnierzy, przesłało na front z przeznaczeniem tylko dla ciężko rannych. W dysponowaniu tymi zapasami obowiązywały iście niemieckie zasady. Każdą wydaną czekoladę trzeba było zaksięgować a ranny miał pokwitować jej odbiór. Dowódca brata Kamila widząc bezsens tej biurokracji, kazał mu zaniechać tej papierologii, tłumacząc się nadzwyczajną sytuację. Oprócz tego inni żołnierze wiedzieli o tym zapasie i stopniowo zakradali się, aby coś wydobyć z magazynu dla siebie. Wszystko do czasu. Ktoś został przyłapany na wysyłaniu paczek do rodzinnego domu. Kiedy go zrewidowano okazało się, że wysyłał rodzinie te luksusowe towary. Kamilowi zakołatało serce. Wiedział bowiem czym kończy się kradzież na froncie. Szybko podliczył towar i okazało się, że brakuje 200 tabliczek czekolady i 30 paczek kakao. Gdy zwołano w tej sprawie sąd doraźny, zasiadł w nim, między innymi, ów dowódca, który polecił nie kwitować czekolad. Sam teraz siedział cały czerwony i ze spuszczoną głową, nie wiedząc czy przypadkiem sanitariusz go nie wyda? Nie sypnął jednak nikogo. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Brat Kamil został skazany na skreślenie z listy do krzyża zasługi, który już czekał na przyznanie.

Dywizja cały czas już się tylko wycofywała w kierunku Mołdawii. Nieraz żołnierze widzieli napierających Rosjan na odległość kilku metrów. A w gęsto sypiącym śniegu czasem nie rozróżniali Niemca od Rosjanina, bo ci ostatni nierzadko byli ubrani w płaszcze zdobyte na Niemcach i z niemieckimi karabinami w ręce. W pamięci zostały mu latające w powietrzu co jakiś czas ludzkie szczątki rozerwane pociskiem. Jako sanitariusz w większości przypadków mógł tylko asystować przy ludzkiej śmierci.

W sierpniu 1944 r. koło Tyraspolu w Mołdawii dywizja znalazła się w operacyjnym okrążeniu i padł rozkaz, aby przebijać się przez pierścień okrążenia. Kiedy posłuszny sanitariusz zerwał się, aby wykonać rozkaz wtedy jeden zaprzyjaźniony kolega pochodzący z Katowic złapał go za rękę i niemal rozkazującym tonem powiedział – siedź tu i nie ruszaj się. Obaj szybko odpruli dystynkcje podoficerskie, broń wyrzucili daleko od siebie i schowali się w polu kukurydzy. Zostawili ze sobą tylko ekwipunek lekarski. Pierwszą rzeczą jaką postanowili było to, że trzeba się w tej kukurydzy wreszcie porządnie wyspać. Kiedy front przeszedł, obaj z białą szmatą na patyku oddali się do sowieckiej niewoli. Kiedy zaprowadzono obu do jakiegoś dowódcy ten od razu chwycił za pepeszę, aby ich zastrzelić, ale towarzysz o. Kamila zaczął wołać – Tawariszcz lejtnant, nie strielajtie, my Paliaki! Gdy to usłyszał, odłożył karabin i powiada – Anu da, sadities pażałsta. Obaj przeżyli, ale dostali się do obozu jenieckiego. Tymczasem ich 384 dywizja jesienią 1944 r. została ostatecznie okrążona wokół Kiszyniowa i całkowicie rozbita. Prawie nikt nie przeżył.

Teraz dopiero zaczął się prawdziwy głód i walka o przeżycie. Obóz jeniecki do którego trafił znajdował się donieckim zagłębiu węglowym, gdzie jeńcy pracowali w kopalniach i w kołchozach. Ale jako że brat Kamil znowu wypłynął jako sanitariusz, pracował jako pielęgniarz, aptekarz, ordynans dowódcy obozu i nosiwoda.

Podczas przesłuchań nie ukrywał nigdy, że przed wojną był zakonnikiem i klerykiem. Kiedy więc jakiś politruk wezwał go na rozmowę wychowawczą, zapytał czy nadal chce być księdzem. Odpowiedział, że nie bo musi pomóc mamie, która właśnie owdowiała i potrzebowała pomocy. Była to odpowiedź opatrznościowa, gdyż pozostawiono go w spokoju. Natomiast następnej nocy wszyscy kapłani przebywający w obozie w liczbie 11, zniknęli i prawdopodobnie zostali zastrzeleni.

Wreszcie w lecie 1945 r. nastąpił dzień wyzwolenia z obozu. Otrzymał 100 rubli na drogę i wraz z innymi wsiadł do pociągu w stronę Polski. Droga trwała cały tydzień a wagony nadal były pilnowane przez sowietów, aby nikt się nie wydostał. W Krakowie okazało się, że jest problem z przepięciem wagonów z szerokich torów na europejskie i trzeba wracać inną trasą, znowu przez granicę radziecką. Grupa tych, którzy mieli już blisko do domu postanowiła dać nogę z pociągu. Złapano ich niestety w Chrzanowie i znowu osadzono w obozie w Mysłowicach jako niemieckich zbiegów. Po upływie tygodnia przyjechała jednak jakaś komisja, która stwierdziła, że nie są Niemcami i zostali wypuszczeni. Do domu rodzinnego wrócił wymizerowany i z malarią, której nabawił się w obozie i która potem długo jeszcze nawracała.

We wrześniu 1945 r. z podreperowanym zdrowiem stawił się klasztorze panewnickim i odnowił śluby zakonne. Teraz już wszystko potoczyło się zwykłym trybem. Został skierowany na studia seminaryjne do klasztoru we Wrocławiu. Był utalentowany muzycznie i oprócz nauki posługiwał jako organista oraz prowadził tam chór kościelny. Święceń niższych udzielił mu administrator apostolski Dolnego Śląska ks. Karol Milik. Profesję wieczystą złożył 30 marca 1948 r. we Wrocławiu na ręce o. Solana Riegera. Święceń diakonatu udzielił mu 19 grudnia 1948 r. biskup Juliusz Bieniek w kaplicy św. Ducha w klasztorze panewnickim. Święcenia prezbiteratu przyjął 30 czerwca 1949 r. w Panewnikach z rąk tego samego biskupa.

o. Kamil Emanuel Kaleta OFM

Po święceniach krótko przebywał w Poznaniu i został skierowany do Wronek jako katecheta w miejscowym technikum (1949-1950). Następne dwa lata spędził w Wejherowie (1950-1952). Potem znowu powrócił do Poznania (1952-1959). Następnie udał się do Wschowy w charakterze gwardiana (1959-1962) oraz do Osiecznej także jako gwardian (1962-1965). Następnie jeszcze trzeci raz powrócił do Poznania (1965-1971) i ponownie udał się do Wejherowa (1971-1977). Tam też był gwardianem w latach 1974-1977.

W tym czasie prowincja zaczęła podejmować posługę w innych krajach. Stąd w 1977 r. udał się do nowo objętej placówki w Gelsenkirchen, w diecezji Essen. Był tam do 1982 r. Kiedy Kuria Generalna zwróciła się o skierowanie jednego kapłana do posługi penitencjarza w bazylice laterańskiej w Rzymie o. Kamil wyraził taką gotowość i tam się też udał. Po krótkim czasie zorientował się, że zaszło pewne nieporozumienie. Zapewniano go bowiem, że wystarczy znajomość polskiego i niemieckiego, tymczasem oczekiwano, przede wszystkim, spowiednika dla Włochów. Stwierdził, że w swoim wieku nie jest w stanie uczyć się nowego języka od podstaw i poprosił o zmianę decyzji. Skierowano go Braunau am Inn (1982-1989) w charakterze kapelana szpitala. Był tam także wikarym domu. Ostatnim miejscem zagranicą był klasztor w Berchtesgaden (1989-1994). Tam także był kapelanem szpitala i wikarym domu.

o. Kamil Emanuel Kaleta OFM | Spotkanie z kard. Königiem w szpitalu Sióstr, maj 1983

o. Kamil Emanuel Kaleta OFM | Spotkanie z kard. Königiem w szpitalu Sióstr, maj 1983

Będąc już starszym i schorowanym człowiekiem w 1994 r. wrócił do kraju i osiadł w Panewnikach z obediencją spowiednika. Posługę tę wypełniał bardzo gorliwie i z oddaniem. Powoli jednak wpadał w starczą demencję i nie kontrolował czasu. Zdarzało się, że siedział w konfesjonale wiele godzin nie mając poczucia upływu czasu. Często też błądził po klasztorze, zwłaszcza w nocy, nie mogą trafić do siebie. Zmarł 28 lutego 1996 r. w klinice kardiologii w Katowicach-Ochojcu. Żył 77 lat, w Zakonie 57, w kapłaństwie 46.

O. Kamil uchodził za jednego z najlepszych kaznodziei. Był też niezrównanym gawędziarzem. Pozostawił po sobie zapis wspomnień z młodości a zwłaszcza z lat wojny. Stąd znamy tak dobrze jego wojenne perypetie. Był też wytwórcą rozpoznawalnych nalewek, oczywiście na użytek wewnętrzny klasztoru, powszechnie znanych w prowincji pod marką „kalecianka”.

o. Ezdrasz Biesok OFM